Lekki trekking w masywie Tofana di Roses narobił nam apetytu – ale niestety, został już ostatni dzień wyjazdu. Pytanie: jak go mądrze zagospodarować? Tre Cime di Lavaredo (słynne „Trzy Siostry”), wjazd kolejką na 3000 metrów (by zobaczyć wszystkie trzy Tofany z góry), turkusowe Lago di Sorapis a może… szlak przy Passo Giau, z niepowtarzalnym widokiem na masyw Nuvolau? Sprawdźmy.

Górski ból głowy – czyli o tym, jak (prawie) wybraliśmy Tre Cime di Lavaredo

Dolomity mają to do siebie, że atrakcji górskich zawsze będzie więcej niż możliwości czasowych (tym bardziej, gdy odejmiemy dni ze względu na brak pogody czy chorobę – jak w naszym przypadku). Poza wyżej wspomnianymi kusiła nas jeszcze Kotlina Mondeval z prehistorią w tle (to właśnie tam znaleziono szczątki Człowieka z Cro – Magnon) oraz instagramowe Cinque Torri – ale odpadły w przebiegach, ponieważ nie mieściły się w naszym dolomickim TOP. Wciąż zostały nam cztery wycieczki, a tylko jeden dzień… Co robić?

Serce pęka, ale musimy podjąć jakąś decyzję. Z bólem stwierdzamy, że: turkusowe / lazurowe / zielone jeziora jak z bajki widzieliśmy już w Szwajcarii (i w Słowenii), wjazd koleją na dach świata „zaliczyliśmy” w Szwajcarii a rejony Passo Giau… no cóż, przez przełęcz o tej wdzięcznej nazwie przejeżdżaliśmy już dwa razy (bo przecież nie będziemy wydawać 1000 zł za jedną noc… znaczy za zwykły pokój z łóżkiem, w samej Cortinie). Krakowskim targiem padło więc na Tre Cime di Lavaredo. Decyzja zapadła, koniec i kropka.

Passo Giau – przełęcz, która przyciąga jak magnes

Chcąc się tam dostać jedziemy (kolejny już raz) przez „nasze” Passo Giau – czyli jedną z popularniejszych przełęczy w Dolomitach. Droga rozciąga się tu na wysokości 2236 m n.p.m. i gwarantuje niesamowite widoki na skały – tak, że głowa aż boli od odwracania się raz na lewo, raz na prawo. To serce Dolomitów, z którego na obydwie strony wychodzą widokowe trasy – na wspomniane Nuvolau, równie piękne (choć wspinaczkowe) Averau, pocztówkowe Cinque Torri czy prehistoryczną Kotlinę Mondeval. Latem Passo Giau jest w pełni przejezdna, ale zimą może być zamknięta ze względu na trudne warunki pogodowe.

Wczoraj zatrzymaliśmy się tu na chwilę, by wyjść z auta i zrobić ostre zdjęcie – dziś chcemy lecieć dalej, ku Trzem Siostrom. Zafirka raz po raz pokonuje ostre zakręty, już nie pierwszy raz podczas tej podróży. Brzmi to banalnie, ale z każdym kolejnym metrem w górę robi się coraz piękniej – auto jedzie wolniej (m.in. przez rowerzystów, którzy biorą udział w morderczym wyścigu), a my jesteśmy z tego faktu zadowoleni, bo możemy jeszcze chwilę popatrzeć na okoliczne góry. I koniec, po wszystkim…  punkt 0 osiągnięty, piękne skały „uciekają” nam w lusterkach. Zjeżdżamy już prawie na drugą stronę przełęczy, gdy nagle…

– Zawracaj! – krzyczę do Męża, a ten odruchowo szarpie kierownicą

– ale… jak to, teraz? Mam znów wspinać się na przełęcz?

– Tak. Coś mi mówi, że MUSIMY ją zrobić. Tre Cime poczeka.

Nuvolau – trekking, który koniecznie trzeba zrobić w Dolomitach

I w ten oto sposób nie dojechaliśmy do Trzech Sióstr. Zgasiliśmy auto na samym środku Passo Giau i ruszyliśmy na trekking, zaczynający się od charakterystycznej chatki na tle szczytu Ra Gusela (2595 m. np.m.). To szczyt, który wielu wspinaczy obiera sobie za cel – my, oczywiście, o żadnej wspinaczce nie myślimy, tylko kierujemy się spokojną ścieżką w lewo (trasa nr 452), u stóp Ra Gusela. Początkowo trasa biegnie przy rumowiskach Masarei di Piezza i nie jest ani ciekawa, ani wymagająca – więc przez chwilę zastanawiam się, czy decyzja była słuszna (ah, wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma). Jednak w końcu „coś zaczyna się dziać”.

Ra Gusela, widok z parkingu
Formacje skalne nad Masarei di Piezza
Passo Giau ze szlaku
W drodze do Rifugio Averau

Strome piarżysko daje w kość, słońce pali a my, po około 1,5 godziny od startu, osiągamy pierwszy punkt na trasie – schronisko Rifugio Averau (2413 m. n.p.m.), znajdujące się na przełęczy Forcella Nuvolau. Po jednej stronie mamy skalisty szczyt Averau, praktycznie na wyciągnięcie ręki… ale dostępny raczej dla wspinaczy (w końcu jesteśmy w Dolomitach). Wybieramy więc opcję po drugiej stronie – czyli łatwe dojście na Nuvolau (tylko na początku trzeba się trochę wspomóc rękami). W teorii przejście z Forcella Nuvolau na samo Nuvolau zajmuje około 40 minut, ale w praktyce więcej: bo co chwila oglądamy się za plecy i podziwiamy odległy masyw Tofana di Rozes, przy którym dreptaliśmy wczoraj. Niesamowite, jak wielka jest ta ściana!

Rumowisko skalne
Rifugio Averau
Podejście na Nuvolau – pierwszy odcinek
Rozległy widok na Tofany i Cinque Torri

Rifugio di Nuvolau – tam, gdzie serwują najlepsze spaghetti na świecie

Szeroką, lekko nachyloną trasą docieramy do celu naszej wycieczki – trzygwiazdkowego schroniska Rifugio Nuvolau (2575 m. n.p.m.). W przeciwieństwie do poprzedniego schroniska (Rifugio Averau) tu nie mamy zbyt wiele miejsca – każda wolna skałka jest na wagę złota, bo drewniane stoły, ciasno upchnięte przy barierkach, nie są w stanie pomieścić wszystkich chętnych. Gdy w końcu coś się zwalnia, szybko zamawiamy obiad, by w spokoju nacieszyć się widokami. Ciężko stwierdzić, czy lepiej smakuje klasyczne, włoskie spaghetti – czy widok, który rozpościera się z tego miejsca.

Wejście na Nuvolau (w tle Averau)
Panorama ze szczytu Nuvolau

Po jednej stronie – majestatyczna Tofana di Rozes, jak na dłoni (i dużo mniejsze z tej perspektywy Averau). Po drugiej: kręta droga, którą przyjechaliśmy dziś rano. Skala okolicy robi wrażenie: słynna droga na Passo Giau ginie gdzieś w dolinie – tylko błyski, docierające z reflektorów aut, „przypominają” nam o jej istnieniu. Moglibyśmy tak stać i patrzeć przez kilka dni, na pełną panoramę okolicy – ale czas nagli. Trzeba schodzić, więc (zgodnie z logiką) kierujemy się za schronisko, by zrobić pętelkę i skończyć na parkingu. Jednak intuicja każe nam uzgodnić nasze zamiary z miejscową obsługą schroniska… i całe szczęście!

Via ferrata albo Cinque Torri: wybieraj, jeśli Ci życie miłe!

O mały włos a wpakowalibyśmy się na via ferratę, przy szczycie Ra Gusela! W powszechnej opinii ferrata Ra Gusela należy do łatwych, ale nie zamierzamy sprawdzać jej trudności – nie jesteśmy zresztą przygotowani (ani technicznie, ani przede wszystkim mentalnie). Zawracamy w kierunku Forcella Nuvolau, by „iść, ciągle iść w stronę słońca” (znaczy w stronę masywu Tofana di Rozes na horyzoncie). Po 20-stu minutach spaceru szerokim, widokowym szlakiem 439, docieramy do skał Cinque Torri i schroniska o tej samej nazwie (2137m. n.p.m.)

Słynne Cinque Torri
W schronisku pod Cinque Torri
Wspinacz

Ciężko znaleźć wolne miejsce w cieniu, ale warto – choćby dla obłędnego tiramisu. Same skały Cinque Torri są (według nas) przereklamowane, choć nie brakuje na nich amatorów wspinaczki. My idziemy dalej, trasą nr 443 – a ja zaczynam przyrzekać, że nigdy więcej (nawet latem) nie wyjdę w góry w krótkim rękawku. Na tej wysokości słońce jest bardzo niebezpieczne – ramiona mam już tak czerwone, że mimo upału decyduję się zawiesić kurtkę przez ramię. Za Cinque Torri czeka nas najbardziej wymagający odcinek – i dobrze, bo w końcu czujemy, że jesteśmy w górach! Początkowo dwugodzinna trasa dłuży się niemiłosiernie, ale są też niespodzianki, np. w postaci stromego, kaskadowego zejścia czy skalnego rumowiska.

Jeden z klasycznych widoków w Dolomitach
Skalne utrudnienia za nami, czas wracać

Podsumowanie

To zbocze szczytu Becco Muraglia – trzeba ostrożnie stawiać każdy krok i uważać, by nie zgubić słabego oznakowania szlaku. Wszystkie kończyny w ruch – radość, spełnienie, duma! Zza kolejnej skały wyłania się „bezimienny” szczyt, po drugiej stronie drogi. Czuję się jak bohater obrazu „Wędrowiec nad morzem mgły”. Auto czeka już na parkingu, zadanie zrealizowane do końca.

Author

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *