Leniwe kawkowanie w Chorwacji dobrze nam zrobiło. Zwolniliśmy, nabraliśmy sił i… wróciliśmy do pierwotnego planu. Zostawiliśmy pachnący starością Vrbnik i wyspę Krk za sobą, by pognać ku dolomickim serpentynom, które dla słabych kierowców (ja) są najgorszym koszmarem, a dla tych wprawionych (Robert) – ambitnym wyzwaniem, niczym z rajdu Monte Carlo.
Camping w Cortina d’Ampezzo – tylko na ciepłe dni
Cortina d’Ampezzo (1224 m n.p.m.), samo serce włoskich Dolomitów. Urokliwa, ale mocno snobistyczna miejscowość (przynajmniej według Włochów), w której chyba częściej mówi się po niemiecku niż po włosku. Nas też biorą za Niemców, ale my nawet nie patrzymy na ofertę hotelową. Zgodnie z definicją bloga kierujemy się na jeden z trzech tutejszych campingów, które również gwarantują widok na pionowe ściany (tylko w postaci parceli). Ciężko zmienić stare nawyki – nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie meldowali się 5 minut przed zamknięciem szlabanów, już po zmroku.

Nie podejrzewaliśmy, że… będzie tak zimno. Nocleg w 12 stopniach nie jest zbyt mądrym pomysłem – zwłaszcza, gdy jeszcze nie tak dawno jedno z nas walczyło z gorączką, osłabieniem i katarem. Polar i standardowy śpiwór nie wystarczają – w takiej temperaturze człowiek śpi „na czujce”, co chwila się wybudzając. Rano nie jest lepiej: poranna, dość rześka aura nie zachęca do trekkingu (nawet nas). Cortina chyba się na nas obraziła… Zachmurzone niebo depresyjnie przygniata do ziemi, nie gwarantując żadnych widoków na tutejsze topowe skały. Zmieniamy więc kierunek, wybierając mikro trekking 1,5 godziny jazdy na północny zachód.

Widoki jak z obrazka
Chcemy odwiedzić charakterystyczne miejsce, które od niedawna wisi sobie grzecznie w naszej sypialni, oprawione w piękną, drewnianą ramę. Tytułowa Sass de Putia (2 875 m n.p.m.) wznosi się nad wąską drogą niczym posępna królowa, czekająca na swoich poddanych. Nie jest łatwo wkupić się w jej łaski, ale próbujemy. Poczciwa Zafirka wspina się do jej stóp, raz po raz wykonując zakręty o 180 stopni. To tak, jakbyśmy pokonywali autem kolejne piętra i schody. Obłędna trasa. Nachylenie jest tak duże, że momentami silnik wyje z przerażenia. Nic dziwnego – dla niego to nie lada wyczyn.

W końcu jesteśmy na miejscu. Opony z chrzęstem zatrzymują się na parkingu. Mroźne powietrze uderza w twarz. Nie ufam do końca swojemu zdrowiu, więc szczelnie opatulam szyję szalikiem (nareszcie nadgorliwość w pakowaniu na coś się przydaje). Na zegarach wybija południe – po raz pierwszy zaczynamy trekking o tak późnej porze, ale nie stresujemy się, bo przecież planujemy jedynie mały spacer z parkingu. Tym razem góry nic sobie nie robią z naszych planów. Szlak jest na tyle piękny, że ciągnie nas, by iść dalej. Początkowa autostrada dla turystów zwęża się momentami do szerokości stóp, by poprowadzić nas tarasem wzdłuż zbocza.

Konkurencja dla Szwajcarii
Widoki zachwycają, ale sama trasa nie sprawia żadnych trudności. Nie jest to żadne wyzwanie górskie. Narzekam, że chciałabym się bardziej natrudzić – no to mam. Za rogiem zaczynają się małe schody – i to jest jedyny trudny fragment na tej trasie. Ścieżka wiedzie kamieniołomem, jakby dnem wodospadu. Łatwo ją zgubić, co zresztą czynimy (dziwiąc się, czemu żwir „ucieka spod nogi”). To nie jest dobry dzień na trekking – przynajmniej nie dla wszystkich. Jest chłodno. Idę w szaliku i kapturze, choć mijają nas odważni ludzie w krótkim rękawku. Krótki postój na jedzenie trochę szybciej wychładza. Rozszerzony plan na dziś? Dotrzeć tylko do przełęczy, a potem wrócić tą samą drogą.

Mężu! Tu jest jakby piękniej niż w Szwajcarii! Nie spodziewaliśmy się aż takiego widoku! Ogromna przestrzeń i soczyście zielone hale, poprzecinane pasterskimi domkami i wijącą się od lewej do prawej ścieżką. Gdzieś daleko na horyzoncie – zielona dolina jak z bajki. Mamy dylemat: czy wracać tą samą drogą, czy jednak zrobić dłuższą pętlę. Po krótkiej rozmowie z miejscowymi stwierdzamy jasno: robimy dłuższą pętlę, damy radę czasowo. I tak z małego spacerniaku robi się lekka trekkingowa rasa: 5 godzin marszu i (na oko) z 500 m przewyższenia. Dalej jest już tylko piękniej Spokojny trekking jak po makiecie kolejowej. Ah, jakbyśmy żałowali, gdybyśmy jej nie zrobili!

Hotel „Panorama” – jak w powieści S. Kinga
Szybkie zakupy po trekkingu – i to jest koniec tego dnia. Niestety, gorączka uderza ze zdwojoną siłą. Nie ma opcji na spanie w aucie, za którym tak tęskniliśmy. Wracamy na camping po zostawione tam rzeczy, modląc się w duchu, byśmy mogli dokupić spanie w domku typu bungalow. Nic z tego, wszystkie domki już dawno zajęte. W sąsiednim campingu również odsyłają nas z kwitkiem. Decyzja może być tylko jedna – rezerwujemy hotel, który przyjmie nas o tak późnej godzinie. Opłata za spanie na campingu bezpowrotnie przepada, ale w sytuacji podbramkowej to nie ma żadnego znaczenia.

Nigdy nie zapomnimy ten nocnej szarży Zafirką, przez kręte serpentyny na wysokościach. Nieprzenikniona ciemność, gęsty las, permanentnie zatkane uszy. Godzinna trasa dłuży się niemiłosiernie, bo wymijamy tylko dwa auta… Wyobraźnia podpowiada czarne scenariusze. Nie daj Boże, by auto się zepsuło – tu, dosłownie pośrodku niczego, gdzie brak żywej duszy. Więcej lisów na drodze niż jakichkolwiek przejawów cywilizacji. Nawet introwertykom zaczyna to dziwnie przeszkadzać…

Nie powiedzieliśmy jeszcze ostatniego słowa!
Całe szczęście docieramy do „hotelu pośrodku niczego”. Pokój nie urzeka, ale przynajmniej ma ciepłą kołdrę. Wnioski? Nie polecamy wyjścia w góry z nie do końca wyleczonym przeziębieniem, nawet na łatwe trasy – człowiek bardziej się męczy i szybciej wychładza. Na razie wylądowaliśmy w Trydencie, by spokojnie się wykurować (ja) i samodzielnie zwiedzać (Robert). W góry wrócimy, jeśli tylko zdrowie pozwoli!