Lądujemy na lotnisku, które jeszcze do niedawna uważano za jedno z najbardziej niebezpiecznych lotnisk na świecie. Silny wiatr, ostry kąt podchodzenia do lądowania i krótki, wręcz „wydarty” wyspie pas startowy – to warunki, przeznaczone jedynie dla doświadczonych pilotów. Tyle wystarczyło, by w przeciągu jednego miesiąca, w 1977 roku zginęło tu ponad 160 osób.

Targ, na który lepiej nie brać portfela

W 2002 roku lotnisko dostaje nowe życie. Pas jest już o wiele dłuższy i wnosi się wysoko na palach, nad główną drogą. Nie sposób wyjechać z Madery bez zobaczenia tego widoku – lokalna VR1 to w końcu trasa, łącząca dwa najważniejsze punkty na wyspie, tj. stolicę (Funchal) i Santa Cruz, w której de facto znajduje się lotnisko. Pod estakadą przejeżdżamy świeżo wypożyczonym autem, wziętym prosto z lotniska. Wybór aut (i samych wypożyczalni) jest tak duży, że można dostać zawrotu głowy. Decydujemy się na automat, bo manualne skrzynie nie mają tutaj sensu – drogi są tak strome, że przy dołączaniu się do ruchu włączają nam się przednie czujniki parkowania. Podczas całej wyprawy doświadczymy tylko kilku kilometrów drogi na jednym poziomie, przejeżdżając przez Pau da Serra – płaskowyż, który wydaje się jakby z innej, mniej górskiej bajki.

Do Funchal zostało niewiele kilometrów. Czerwone dachówki lśnią z daleka, jakby specjalnie czekały na kolejnych turystów. Może to właśnie te dachówki, może położenie na wzgórzach (tak charakterystyczne dla Madery)… a może portowy, spokojny klimat sprawiają, że miasto często nazywane jest małą Lizboną. Ten portowy vibe czuć już na głównym targu w mieście (por. Mercado dos Larvadores, czyli Targ Pracujących), do którego udajemy się w pierwszej kolejności. Chcielibyśmy polecić Wam to miejsce, ale… nie do końca możemy. W środku znajdziecie wprawdzie maderskie specjały, typu leżące na ladzie pałasze czarne (głębinowe ryby z ostrymi jak u piranii zębami) oraz niesamowite mieszanki owoców i warzyw (banano-ananasy, banano-marakuje, marakujo-pomodory) – ale musicie się przygotować na to, że sprzedawcy tychże specjałów zedrą z Was skórę…

CR7 i azulejos – lokalne dobra eksportowe

Lata podróży niczego nas nie nauczyły. Dajemy się nabrać handlarzom i o kilka stówek lżejsi ruszamy nadmorskim deptakiem tam, gdzie zmierzają wszyscy piłkarscy fani (albo fani i ich partnerzy) – czyli do Muzeum Cristiano Ronaldo (CR7 Museum), który urodził się i wychował na Maderze. Muzeum to zbyt szumna nazwa jak na taką atrakcję, bo niewiele dowiemy się tu o samym dzieciństwie CR7 – jest to raczej gablota z jego niezliczonymi medalami, pucharami i nagrodami. W cenie 5 euro za bilet dostajemy całe witryny piłek z ważnych meczów (w tym z pamiętnego finału ME 2004, w którym CR7 i spółka po raz drugi dali się zaskoczyć niepozornym Grekom). Pomniki Cristiano (w różnych koszulkach, bez koszulki, a nawet… z czekolady) można tu spotkać niemal na każdym kroku. Mały spoiler: ten przed wejściem – podobnie, jak ten przy lotnisku imienia Ronaldo – jest do oryginału totalnie niepodobny.

40 minut zwiedzania muzeum nie daje ulgi od upału, który w Funchal działa jakoś bardziej. Siadamy na szybką lemoniadę z widokiem na port, by nabrać nieco sił i ruszyć dalej. Parkami (Jardim Municipal do Funchal) ulicami i alejami (w tym urokliwą Rua do Aljube) wychodzimy wprost na jeden z centralnych punktów w mieście, czyli katedrę (Sé Catedral de Nossa Senhora da Assunção). XVI-wieczna katedra w stylu manuelińskim podobna jest do wielu kościołów w tym mieście, ale  w środku kryje pozłacane ołtarze i sufit z drewna cedrowego. Nasz prywatny ranking otwiera jednak inna maderska świątynia, zlokalizowana przy Praca de Municipal. Niepozorny kościół Jana Ewangelisty (Igreja de Sao Joao Evangelista), posiada całe ściany, wyłożone słynnym portugalskim azulejos – czyli ceramicznymi płytkami w biało-niebieskim odcieniu. To kolejny znak rozpoznawczy Madery oraz całej Portugalii.

Espetada, espada i… polskie akcenty

A jeśli już o znakach mowa, to nagły niepokój w żołądku przypomina nam, że czas na pierwszą obiadokolację na Maderze. Siadamy wygodnie w wybranym ogródku, ale czujemy się dziwnie nieswojo… jakby ktoś nas obserwował. Rozglądamy się niepewnie i po drugiej stronie deptaku rozpoznajemy pana z wąsem, którego nie sposób pomylić z kimś innym. Okazuje się, że Marszałek Józef Piłsudski przebywał w tych stronach od 21 grudnia 1930 do 22 marca 1931 – i tyle wystarczyło, by lokalni mieszkańcy wystawili mu popiersie. Nie jest to żaden wyjątek, bo z racji swojego łagodnego mikroklimatu (tzw. wiecznej wiosny) Madera od zawsze była wybierana jako popularny kierunek, głównie na podreperowanie zdrowia. Poza Piłsudskim kurowali się tu m.in. cesarzowa Sisi, ostatni cesarz austriacki Karol I Habsburg czy Winston Churchill, który ma swój pomnik w uroczej wiosce rybackiej Camara de Lobos.

Wracając do obiadokolacji i ogólnie kuchni Madery, to skusiliśmy się na tradycyjny szaszłyk wołowy (port. Espetada). Szaszłyk ten podaje się w dwóch wersjach – albo nabija się go na gałązkę z drzewa laurowego, występującego tutaj w popularnych lasach wawrzynowych, albo serwuje się z dodatkiem frytek, na specjalnych stojakach (co znacząco utrudnia jedzenie). Przez cały wyjazd będziemy próbować Espetady zarówno w jednej, jak i w drugiej wersji – ale w sumie nie zachwycimy się tym daniem. O wiele ciekawszą pozycją w maderskim menu jest filet z uzbrojonego po zęby pałasza, którego łowi się na głębokości 180-1700 metrów. Kucharze z Madery podają go w towarzystwie smażonego banana, a na koniec skrapiają sokiem z marakui. Czy pałasz jest lepszy niż łosoś, skropiony cytryną? Sprawdźcie sami, szukając w menu podobnie brzmiącej pozycji – Espada.

Błądząc wśród murali – czyli co kryje Stare Miasto?

Pierwszy dzień na Maderze mocno daje nam w kość, głównie ze względu na nocną przesiadkę w Amsterdamie (ledwie 4 godziny snu). Logistyka naszego wyjazdu zakładała, że dzielimy Funchal na pół – część atrakcji w dniu przylotu (poniedziałek), część w dniu wylotu (niedziela). Możecie zrobić podobnie jak my, tylko miejcie na uwadze kilka faktów: muzeum Cristiano Ronaldo jest zamknięte w niedzielę, większość innych ciekawych obiektów (takich, jak Muzeum Sztuki Sakralnej z kolekcją flamandzkiego malarstwa, Dom Muzeum Frederico Freitasa czy słynna rezydencja Quinta das Cruzes) jest nieczynna w poniedziałki albo w niedziele. Z kolei najważniejsza katedra w mieście (port. Sé Catedral de Nossa Senhora da Assunção) z oczywistych względów będzie trudna do zwiedzenia podczas niedzielnych nabożeństw.

Na dzień wylotu zostawiamy sobie Stare Miasto (Zona Vehla) i dwa punkty widokowe na całe Funchal – Ogród Botaniczny oraz bogatą dzielnicę Monte, położoną (zgodnie z nazwą) na wzgórzu. Czy warto? Naszym zdaniem Stare Miasto w Funchal jest nieco przereklamowane. Chodzi głównie o jedną uliczkę, pełną różnych murali na drzwiach do knajp i mieszkań. Owszem, murale same w sobie są bardzo ciekawe, ale zachwalana uliczka odbiega (według nas) od Rua do Aljube, prowadzącej do głównej katedry. Być może to kwestia pory, bo jest dopiero rano. Stare miasto powoli budzi się do życia, czerwona dachówka połyskuje w słońcu – a my szukamy innych atrakcji i nieco cienia. Najłatwiej można go znaleźć w Ogrodzie Botanicznym, zlokalizowanym na wyżej położonych dzielnicach, albo w ogrodach malowniczej dzielnicy Monte, pełnej wilii (port. quintas) zamożniejszych mieszkańców Madery.

Pamiętajcie o ogrodach…

Maleńkie wagoniki raz po raz przesuwają się nad naszymi głowami, wyłaniając się spomiędzy zabudowań i znikając zbyt szybko między kolejnymi budynkami. To właśnie popularna kolejka na Monte, z której można podziwiać całe Funchal w mikroskopijnej skali. Jeśli zdecydujemy się na taką przyjemność, to musimy wydać 22 euro w dwie strony (nie licząc wejścia do Monte Palace Tropical Garden, które kosztuje kolejne 18 euro), za osobę. Pani w kasie, gdzieś na promenadzie wzdłuż portu, zaczyna się niecierpliwić. Klamka zapadła, odpuszczamy ogrody w Monte. Wybieramy tańszą opcję – wjazd autobusem miejskim do Ogrodu Botanicznego, zwiedzenie go, a potem wjazd inną kolejką na Monte (w cenie pojedynczego biletu autobusowego i 10 euro za ogród). Autobus już na nas czeka, a potem mknie krętymi, wąskimi ulicami coraz bardziej do góry – czasem na centymetry od murów i przechodniów.

Ogród Botaniczny jest jednym z must have w Funchal – i nic dziwnego, bo stanowi dom dla około 2 tysięcy roślin z całego świata. Zalesione niczym w dżungli alejki, pełne krzewów, drzew i południowoamerykańskich sukulentów (większych od niejednej jabłonki), prowadzą na taras, z którego rozciąga się panoramiczny widok na miasto. Prosto z ogrodu udajemy się na inną kolejkę, która zawiezie nas docelowo do Monte – tylko innym wzgórzem niż słynna kolejka kabinowa. Sam przejazd jest może mniej widokowy, bo prowadzi nad gęsto porośniętym lasem zboczem – ale ostatecznie osiągamy ten sam, najwyższy w okolicy punkt, z którego można spojrzeć na Funchal. Cóż powiedzieć – punkty widokowe to jedna z lepszych rzeczy, które warto zaliczyć na Maderze, a te w Funchal to dopiero początek. Z góry miasto prezentuje się fantastycznie, zwłaszcza z szerokim po horyzont oceanem.

Niekończąca się droga w dół

Funchal to miasto, które z pewnością warto zobaczyć, bo widać tu mocno lizbońskie klimaty. Jest idealne dla kogoś, kto kocha czerwone dachówki, wieczne chodzenie pod górę… i w dół. Nogi nie zaznają odpoczynku. Autobus powrotny odjechał, więc całą stromą trasę w dół musimy pokonać pieszo. Między domem a domem mieszczą się tylko schody – ciasno upchnięte schody, które nie mają końca.

Author

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *