Koniec wyjazdu, ostatnie dwa dni – i jednocześnie kolejne dwie europejskie stolice do naszej kolekcji, Ljubljana i Bratysława. Emocje nieco opadły (bo w końcu city brake to nie góry), ale swoje oczekiwania mieliśmy – i były one nad wyraz zgodne. Jeszcze w drodze powrotnej z dolomickich przygód stwierdziliśmy, że Ljubljany wyczekujemy z pewną nutą ciekawości.

Nie dajcie się zwieść pozorom

Z kolei Bratysława… ah, któż by się przejmował Bratysławą! Machnęliśmy na nią ręką, bo „prawdopodobnie będzie nudna jak flaki z olejem”. Nie wiem, skąd to stwierdzenie – może dlatego, że Bratysława miała być naszym ostatnim przystankiem na trasie? „Niebezpiecznie” blisko domu i jednocześnie blisko końca naszych poślubnych wojaży… wiecie, jak to jest. Naprawdę współczuję miastu, które już na dzień dobry zyskuje negatywne miano w przekonaniu tych, którzy jeszcze nie postawili nogi na jego rynku.

Wracając jednak do pytania w tytule: przy Ljubljanie (albo Lublanie, według spolszczonej wersji) zdarzało nam się już przejeżdżać – np. w 2021 roku, kiedy wybraliśmy się Zafirką, jeszcze bez opcji noclegu, w słoweńskie Alpy Julijskie. Z kolei stolica naszych południowych sąsiadów (tych po drugiej stronie Tatr) nigdy nas specjalnie nie interesowała – no bo cóż może być ciekawego w Bratysławie, kiedy obok górują Tatry? Pozory lubią jednak mylić – tak było i tym razem.

Potrójny Most

W Ljubljanie zameldowaliśmy się 5 września w południe, przy Potrójnym Moście (słoweń. Tromostovje), projektu Joze Plecnika. To słynne centrum spotkań – zarówno odwiedzających miasto turystów, jak i tutejszych mieszkańców. Oddany we władanie pieszych Plac Preserena (słoweń. Presernov trg), górujący nad nim franciszkański Kościół Zwiastowania (z charakterystyczną, różową fasadą) i wspomniany most, który zgodnie z nazwą składa się z trzech przepraw przez rzekę. Zapowiadało się bardzo dobrze, gdyby nie jeden szczegół.

O tym, skąd wzięli się Szwedzi w Ljubljanie

Tego dnia stolica przepięknej Słowenii przeżyła prawdziwy Potop Szwedzki. Z każdej, naprawdę z każdej knajpy, cukierni czy restauracji wylewało się morze ludzi w żółto-niebieski barwach, o typowo skandynawskiej urodzie. Absurdalności tej sytuacji dodawał fakt, że w tychże knajpach z głośników leciała… równie skandynawska Abba. I do tego śpiewana na głosy! Skąd taki potop w stolicy niewielkiego, wciśniętego między Austrię a Półwysep Bałkański, kraju?

Plac Preserena

Ano stąd, że 5 września Słoweńcy i Szwedzi mieli zmierzyć się ze sobą w eliminacjach do Mundialu, który lada moment rozpocznie się za oceanem (a w którym my, przez wspomnianych Szwedów, nie uczestniczymy). Wpadliśmy więc w ten szwedzki motłoch, w nosie mając wieczorne rozstrzygnięcie piłkarskie (dla zainteresowanych: skończyło się 2:2). Chcieliśmy tylko zażyć słoweńskich smaków i w końcu poznać to państwo od miejskiej strony – a nie tylko od strony trekkingowych wycieczek na piękne jeziora.

Słoweńskie powidoki… i posmaki!

5 września Ljubljana była nie tylko żółto-niebieska – ona była zalana słońcem. Ciężkie, granatowe chmury snuły się nad miastem od początku naszej wizyty. Nie pozostało nam nic innego, jak ruszyć na słoweńskie lody, a potem wypuścić się na spacer brzegiem malowniczej Ljubljanicy. Knajpki, kramiki i samozwańczy malarze-portreciści. Kolejny most autorstwa Joze Plecznika, zwany Mostem Szewców (w miejscu jednej z najstarszych przepraw w mieście). I jeszcze barki, pływające to w jedną, to w drugą stronę rzeki. Przypominało nam to wszystko klimat małego Paryża, ale z dużym wskazaniem na niepozorną Ljubljanę.

Oddaliliśmy się nieco od brzegu, wybierając dalsze uliczki Starego Miasta – by przysiąść na obiad i drinka. Nie mogło również zabraknąć przerwy na deser – a w Słowenii do najbardziej znanych deserów należy Prekmurska gibanica, czyli ciasto warstwowe (przypominające nieco nasz miodownik). Warstwy ciasta filo, pochodzącego podobno z terenów tureckich, przełożone są masami z maku, twarogu, orzechów i jabłek. Niebo w gębie, ale kalorii prawdopodobnie tyle, co sam obiad. Ledwie wytoczyliśmy się na deptak, w kierunku sklepu z lokalnymi smakołykami.

nad Ljubljanicą

Od śliwowicy po zamek – niekoniecznie prostą linią

Nabyliśmy w niej słoweńską śliwowicę („spierając się” ze sprzedawcą skąd tak naprawdę pochodzi ten napój) i ruszyliśmy tam, gdzie chcieliśmy dotrzeć od początku – czyli na górujący nad Ljubljanicą zamek, którego początki sięgają IX wieku. Od strony Mostu Szewców dojście na ljubljański zamek nie sprawia większych trudności – wystarczy cofnąć się w kierunku Placu Preserena, główną uliczką równoległą do rzeki, a potem odbić na jej końcu w prawo. Za ostatnią kamienicą widać już zalesiony teren, schody i szutrową ścieżkę, pnącą się mozolnie pod górę.

Z widokiem na zamek

Dotarcie pod sam zamek to niewielki, może półgodzinny spacer – ale według nas niekoniecznie wart polecenia. Panorama, która miała być głównym punktem naszego programu, trochę nas osobiście… rozczarowała. Z góry Ljubljana nie wyglądała już tak parysko, a czerwone dachówki nikły wśród nowomiejskiej zabudowy miasta. Może już za dużo panoram widzieliśmy w swoim życiu? Na plus były okoliczne szczyty w tle oraz całkiem ładny park wokół zamku. Samego zamku niestety nie odwiedziliśmy, bo (jak to zwykle u nas bywa) brakło nam na to czasu. Po ciekawej starówce pozostał więc pewien niedosyt…

Panorama z zamku w Ljubljanie
Panorama Ljubljany

Bratysława w telegraficznym skrócie

…na szczęście przyszedł kolejny dzień, a w nim wizyta w Bratysławie. Jeszcze krótsza, jeszcze bardziej intensywna – wpadliśmy 6 września wieczorem, w sam środek weekendu. Od razu zaskoczyło nas to, że ta mniej popularna stolica tętni studenckim życiem niczym sopocki Monciak w letnim sezonie. Dźwięki, dochodzące z różnych knajp, mieszały się w tym studenckim tyglu. Na każdym rogu kusiła nas inna pijalnia czekolady – a my żałowaliśmy, że zegar wskazuje 21 a  nie 13. Czuliśmy się, jakbyśmy spacerowali po oddalonym o godzinę drogi Wiedniu. I tylko wino nie było tak dobre, jak w południowych krajach.

Brama zamku w Bratysławie
Zamek w Bratysławie

Rano postawiliśmy sobie za punkt honoru, by dotrzeć na bratysławski zamek – tym bardziej, że mieliśmy do niego blisko z naszego noclegu. Wielka biała budowla, położona na 85-metrowym wzgórzu nad Dunajem, widoczna z daleka. Początkowo kamienny (X wiek), później renesansowy (XVI wiek) i barokowy. Cztery charakterystyczne wieże, symbol Słowacji. I trzeba przyznać, że to o wiele lepszy symbol niż zamek w Ljubljanie. Pięknie utrzymane, barokowe ogrody, idealna harmonia, kontrast zieleni z bielą – nic tylko wypoczywać, spoglądając w dole na Dunaj i drugą cześć miasta, za rzeką.

Dziedziniec zamku w Bratysławie
Barokowe ogrody

Ljubljana, Bratysława a może… Wiedeń?

Nam jednak nie było to dane, bo nasza podróż zbliżała się ku końcowi. Podsumowując: jeśli mielibyśmy wybrać między Ljubljaną a Bratysławą, to chyba… wybralibyśmy Bratysławę. Może to kwestia pory dnia, może mniejszych oczekiwań – ciężko stwierdzić. W każdym razie Bratysława ma ten plus, że jest „zapleczem” Wiednia, o którym opowiemy innym razem.

Author

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *